Autor:
Decyzja o budowie własnych narzędzi była koniecznością, a nie ambicją. Maria System opiera się na zjawisku kontrolowanego chaosu, który jest niezwykle wrażliwy na wszelkie zewnętrzne, niekontrolowane zmienne.
Gotowe biblioteki są świetne w świecie produkcyjnym, ale niosą ze sobą warstwy abstrakcji, których nie da się w pełni prześledzić: ukryte parametry, optymalizacje, różnice implementacyjne. W projekcie badawczym, którego celem jest zrozumienie procesu, a nie jedynie efektu, to stanowi niedopuszczalny szum poznawczy.
Budując narzędzia od podstaw, nie zależało mi na perfekcji systemowej, tylko na przejrzystości działania — na tym, by dało się zobaczyć każdy etap przekształceń i każdy stan pośredni, bez ukrytych warstw i „czarnych skrzynek”. To było dążenie do uczciwego poznania mechanizmu.
Najtrudniejszym etapem całego procesu było dostrajanie dekodera. System był tak wrażliwy, że minimalna zmiana parametru, drobna różnica czasu uruchomienia albo subtelne zakłócenie środowiska powodowały całkowite rozpadnięcie się wyniku.
To był realny efekt motyla. Mikroskopijna zmiana na początku procesu potrafiła kompletnie zniszczyć sens na końcu.
– Czy bałeś się, że tego nie uda się ustabilizować?
Autor:
Tak, bałem się. Miałem duże problemy z dekoderem i długo nie mogłem dojść do tego, co robię źle. Były momenty, kiedy po prostu nie dawałem rady.
Nie mam wykształcenia w tym kierunku. Uczyłem się wszystkiego sam, po drodze – często metodą prób i błędów.
Było dużo momentów frustracji. Ale po czasie zaczęło działać, i to wystarczyło, żeby ruszyć z miejsca.